z prochu powstałeś, w proch się obrócisz…

Środa popielcowa.
Poszłam do kościoła mimo tego, że moje relacje z Bogiem w ostatnich tygodniach nie były zbyt specjalne…
Wiele razy w ostatnich dniach wypowiadałam, a wręcz wykrzykiwałam słowa, że Boga nie ma, że gdyby istniał nie pozwoliłby na to wszystko co się dzieje, na tą cholerną sprawiedliwość, która nas otacza no i na to, że moje dziecko umarło.
Chodząc na cmentarz do Filipka, w tych ostatnich dniach nie wypowiadałam modlitwy, po prostu opowiadałam mu jak mu minął dzień, mówiłam co czuję. Przechodząc obok kościoła odwracałam głowę… Myślałam „za co, no za jakie grzechy moje dziecko umarło…?”.
Sama nie wiem dlaczego, ale poszłam do kościoła, usiadłam w ławce i pomyślałam patrząc na księdza „no co Ty mi dzisiaj ciekawego powiesz”…Od pierwszych słów księdza rosło we mnie jakieś dziwne napięcie, miałam wrażenie, że się nakręcałam. Mówił o tym, że Bóg jest miłosierny, dobry, łaskawy, o tym, że spadają na nas różne cierpienia bo nie potrafimy rozmawiać z Bogiem. Cóż może i tak jest, jednak ja nie potrafię najzwyczajniej dostrzec jego miłosierdzia w tym co mnie spotkało… Wiele razy słyszałam stwierdzenie, że Bóg daje nam taki krzyż jaki jesteśmy w stanie udźwignąć… ale do cholery jasnej tym razem nie musiał być, aż taki hojny… nie potrafię dźwignąć tego krzyża i iść…mam wrażenie, że nawet nie zarzuciłam go na plecy…
Mimo moich krzyków, lamentów i żali nie mogę wyprzeć się wiary, chociaż czasami mój gniew na Boga przekracza wszelkie granice, nie mogę wyprzeć się tego, że wierzę. Bo tak nie jest. Staram się pogodzić z tym, zarzucić ten krzyż na plecy i iść… Ale są dni, że nie potrafię zrobić nic… Kompletnie nic…

Ksiądz tym razem mówił z sensem. Chłonęłam każde jego słowo.
Kątem oka spoglądałam tylko na miejsce przed ołtarzem, gdzie stała biała trumna.
Trumienka… tak mała, a w niej mój malutki Synek, tak bardzo kochany i tak bardzo wyczekiwany.
Moja największa miłość, nasz cały świat.
Zatrzymałam wzrok.
W pewnym momencie wyłączyłam myślenie… Nie słuchałam już dalej.
Patrzyłam tylko w to miejsce, gdzie stała trumienka.

Nadszedł czas, gdzie ludzie zaczęli podchodzić do ołtarza, żeby ich głowy zostały posypane popiołem.
Podeszłam…
Ksiądz posypując moją głowę popiołem wypowiedział słowa „PAMIĘTAJ, Z PROCHU POWSTAŁEŚ, W PROCH SIĘ OBRÓCISZ”, odchodząc od ołtarza szłam po omacku, tak jakbym nie kontaktowała całkowicie, jakbym szła we śnie… Usiadłam i powtarzałam jak mantrę w myślach słowa wypowiedziane przez księdza:
„PAMIĘTAJ, Z PROCHU POWSTAŁEŚ, W PROCH SIĘ OBRÓCISZ”,
„PAMIĘTAJ, Z PROCHU POWSTAŁEŚ, W PROCH SIĘ OBRÓCISZ”,
„PAMIĘTAJ, Z PROCHU POWSTAŁEŚ, W PROCH SIĘ OBRÓCISZ”,

Słowa, których przecież wydźwięk noszę ze sobą od blisko siedmiu miesięcy…
Bo nie ma dnia żebym nie myślała o śmierci…
Nie ma dnia żebym się nad tym nie zastanawiała…
Nie ma dnia żebym nie myślała o moim dziecku, za którym tak bardzo, bardzo tęsknię…
Dziecku, które miało całe życie przed sobą…
Dziecku, które nie poznało nawet dobrze swoich rodziców, dziadków…

Chciałabym podać rękę Bogu na zgodę, powiedzieć mu że akceptuję jego wolę…
Chciałabym znaleźć w sobie siłę, żeby móc powiedzieć mu, że się nie gniewam…
Na dzień dzisiejszy proszę Go tylko o zdrowie, siłę i o opiekę nad Filipkiem.
No i czasem proszę, żeby ktoś zaśpiewał Mu kołysankę…

(*)

Ten wpis został opublikowany w kategorii kościół, smutna piosenka, strata dziecka, tęsknota, wiara. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>